wtorek, 1 maja 2012

Zużycia kwietnia

Ostatnio miałam dużo zajęć i niestety ucierpiał na tym blog. Obiecuję po majówce pisać nieco częściej :) Co wolałybyście przeczytać najpierw - recenzję kremu pod oczy Clinique czy maski Dermaheal? Dajcie znać w komentarzach :)

Mamy początek maja, czas więc na zużycia kwietnia. Oto i one:

Zdjęcie grupowe ;)






1. Maska oczyszczająca (Dermaheal) - czyli nabytek blogboxowy. Moja pierwsza maseczka w formie faktycznej maski ;) Pełna recenzja już po majówce. Ok. 20zł/szt. (22g).

2. Krem pod oczy All About Eyes Rich (Clinique) - miniaturka 7ml zdobyta w jakiejś akcji promocyjnej. Mega wydajny, gęsty krem. Pełna recenzja po powrocie z majówki :) Ok. 140zł/15ml.








3. Żele pod prysznic The House of Pets (Rossmann) - pisałam o nich w ostatnich zużyciach. Piekielnie gęste, ładnie pachną, ale made in China. Pełna recenzja po powrocie z majówki. Ok. 10zł/4x30ml.

4. Krem Nivea Soft (Nivea) - dawny ulubieniec do rąk i ciała. Dobrze nawilża, ale ma kiepski skład - po doczytaniu końcówkę zużyłam do stóp. Ok. 6zł/50ml.



5. Szampon odżywczy do włosów słabych i łamliwych Pokrzywa i Łopian (Avon) - dość rzadki, nieźle się pieni. Niestety dość słabo myje. Na szczęście to ostatni egzemplarz jaki miałam, więcej szamponów z Avonu nie kupię. Zresztą innych produktów też nie - bodajże od lutego Avon wszedł do Chin i zgodnie z ichnim prawem podjął rozpoczął obowiązkowe testy na zwierzakach. Bye bye, Avon. 10zł/250ml.

6. Odżywczy olejek do włosów Prowansalska Lawenda i Jaśmin (Avon) - używany na gorąco wg. instrukcji sprawdził się u mnie dobrze, nie podoba mi się zapach i niezbyt podoba mi się skład. 20zł/50ml.

7. Olejek na gorąco z pszenicą i kokosem do włosów suchych i zniszczonych (Oriflame) - sprawdził się nawet trochę lepiej niż ten z Avonu, rewelacyjnie pachnie i ma lepszy skład. Ok. 6zł/15ml.









8. Korektor (Miss Sporty) - kupiony bardzo dawno temu, wydajny, ale niezbyt trwały. Zaczęłam już jego następcę i teraz dziwię się jak mogłam go używać :P Chyba już niedostępny.

sobota, 14 kwietnia 2012

Zużycia marca

W końcu udało mi się znaleźć chwilę na sklecenie posta z marcowymi zużyciami. Najważniejsze, że zdążyłam przed połową kwietnia ;)

A oto i moje jakże skromne marcowe zużycia:

Zdjęcie grupowe ;)

A teraz bardziej szczegółowo:

1. Próbki Lekkiego kremu bioaktywnie nawilżającego Selected From Nature SPF 5 (Lirene) - dobrze nawilża, jest dość wydajny. Ale niestety - mimo opakowania krzyczącego "jestem naturalny!" - zawiera parabeny i mnóstwo innej chemii. Na pewno nie kupię. Ok. 25zł/50ml.

2. Próbka Kremu odżywczego z wyciągiem z pestek śliwki (AA) - wprawdzie dla skóry suchej, a nie mieszanej, ale z przesuszeniem poradził sobie doskonale. Troszkę dziwnie pachnie, ale ma całkiem dobry skład. Ok. 36zł/50ml.







3. Szampon do włosów normalnych i zniszczonych Rumianek i Aloes (Avon) - dość rzadki, nieźle się pieni. Niestety, podobnie jak jego brat z pokrzywą i łopianem dość kiepsko myje włosy (a co gorsza został mi jeszcze jeden z pokrzywą do zużycia :/). Nigdy więcej go nie kupię. Ok. 10zł/250ml.










4. Próbka Masła do ciała Mango (Body Shop) - konsultantka napisała mi, że to Moringa, ale o ile pamiętam było to Mango. Pachnie pięknie, owocowo, ma dość gęstą konsystencję. Łatwo się rozprowadza, szybko się wchłania i bardzo przyjemnie nawilża. Tylko ta cena... 65zł/200ml, 20zł/50ml.

5. Żel pod prysznic The House of Pets (Rossmann) - 1/4 zestawu, który kupiłam ze względu na promocję i słodkie buteleczki w kształcie pieska. Żel jest piekielnie gęsty, piekielnie trudny do wydobycia z buteleczki - po niefortunnej pierwszej próbie wzięcia prysznica używam ich tylko jako płynu do kąpieli. Całkiem nieźle się pieni, przyjemnie pachnie, ale niestety - to wyrób chiński. Pełna recenzja wkrótce. Ok. 10zł/4x30ml.

6. Próbka żelu pod prysznic Divine Time (Avon) - mam ją od wieków, linia DT już dawno zniknęła z katalogów, a ja ciągle zapominałam zabrać tę saszetkę w podróż. W końcu zużyłam w domu. Nieźle się pieni, bajecznie pachnie.

7. Kulki do kąpieli malinowe (Yves Rocher) - już 2 sztuki dały trochę piany i przyjemny zapach, przy 3 było przyzwoicie. Po kąpieli skóra była miękka i pachnąca. Pewnie jeszcze kiedyś kupię. 1,5zł/szt.

8. Nawilżane chusteczki odświeżające (Cleanic) - oczyszczają, odświeżają, zawierają płyn antybakteryjny. Zawsze mam je przy sobie, dość często się przydają. Ok. 3zł/15szt.


9. Próbka Matująco-kryjącego podkładu z algami SPF 14 (Dr Irena Eris) - dość rzadki, łatwo się rozprowadza, nieźle kryje i matuje. Zdecydowanie się nad nim zastanowię jak skończy mi się obecny podkład. 75zł/30ml.

10. Próbka Kremu koloryzującego You Rebel Lite SPF 15 (Benefit) - ładnie wyrównuje koloryt, ma całkiem długo się trzyma. Byłam z niego bardziej zadowolona niż się spodziewałam. Chociaż jak się właśnie doczytałam, skład ma taki sobie. I ta cena... Ok. 140zł/50ml.



11. Próbka wody toaletowej Love of Pink (Lacoste) - zapach słodki, kwiatowo-owocowy. Próbka miała formę nasączonej wodą chusteczki, przez co zapach kiepsko się trzymał - zniknął już po godzinie-dwóch. Ok. 130zł/50ml, ok. 100zł/30ml.

12. Próbka wody toaletowej Boss Orange (Hugo Boss) - też w formie nasączanej chusteczki. Zapach świeży, słodki, ale nie za słodki, spodobał mi się. Tylko ta cena... Ok. 250zł/50ml.




I gratis: ostatnie pożegnanie czyli bubel idzie do śmieci:


Temperówka For Your Beauty czyli pogromca kredek. Masakra! Ok. 4,5zł/szt.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Mój własny BLOGBOX :)

W piątek, siedząc w pociągu w drodze do rodziny na święta, otrzymałam informację, że mój Blogbox [dla osób nie wiedzących o co chodzi - na  blogu Obsession, twórczyni idei, można wszystkiego się dowiedzieć] właśnie dotarł. Przez 3 dni niecierpliwie czekałam aż dostanę go w łapki, aż w końcu wróciłam i go mam :) Mój własny Blogbox wyglądał tak (przepraszam za jakość zdjęć, ale robiłam je wieczorem):


Entuzjastycznie zabrałam się za rozpakowywanie:


W końcu po wyjęciu folii bąbelkowej (która znalazła od razu bardzo zadowolonego użytkownika :P) okazało się, że przez pocztę, która nakleiła etykietę adresową ze złej strony - do boxa dobrałam się od spodu :P


A zawartość prezentuje się następująco:


1. Liścik od Karolki z bloga Świat Karolki - serdecznie pozdrawiam! :)
2. Peeling morelowy (Yves Rocher) - trafiony idealnie! Akurat nie mam żadnego do twarzy i ciągle o tym zapominam.
3. Różowy lakier do paznokci (Deborah Milano) - z jednej strony nigdy nie miałam nic z tej marki, ale... nie przepadam za różowym :P Mam nadzieję, że na paznokciach będzie 'spokojniejszy' niż w buteleczce.
4. Maska oczyszczająca (Dermaheal) - nigdy nie miałam nic z tej firmy, więc chętnie wypróbuję, szczególnie, że powinna być idealna do mojej skóry mieszanej.
5. Miniwersja balsamu do ciała Tradition de Hammam (Yves Rocher)
6. Miniwersja błyszczyka do ust Sexy Pulp (Yves Rocher)
7. Próbka żelu oczyszczającego Pure System (Yves Rocher)
8. Urocze pudełko - będzie ładnie wyglądało na moim biurku :)

niedziela, 1 kwietnia 2012

Balsam do ust Summer Fruit - EOS

O balsamach EOS słyszałam od dawna wiele dobrego i któregoś razu zakupiłam dwie sztuki na Allegro. Mam Summer Fruit i Honeysuckle Honeydew - narazie używam SF, który wygląda tak:


Jak widać, jest to urocze "jajeczko", solidne, z matowego plastiku. Zamyka się szczelnie, nie ma szans, żeby samo się otworzyło. Sam balsam jest bezbarwny, dość twardy, a pachnie przyjemnie owocami, przede wszystkim brzoskwinią; w smaku jest po prostu słodki. Nie jest tłusty ani lepki na ustach, trzyma się dość długo. Zostawia usta miękkie, nawilżone i odżywione. Jest praktycznie niewidoczny, zostawia tylko delikatny satynowy połysk. Jest mega wydajny - używam go od września i jeszcze nie zużyłam nawet połowy.

Producent twierdzi, że nie testuje na zwierzętach - niestety nie mogę znaleźć potwierdzenia na stronie PETA (firmy nie ma ani na liście testujących, ani na liście cruelty free - jak znajdę konkretne informacje na pewno je zamieszczę), i podaje, że balsam jest w 95% organiczny i w 100% naturalny. Balsam jest produkowany w USA.

SKŁAD:

Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Beeswax (Cire D'abeille)*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Natural Flavor, Butyrospermum Parkii (Shea Butter)*, Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract*, Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil*, Vaccinium Angustifolium (Blueberry) Fruit Extract*, Fragaria Vesca (Strawberry) Fruit Extract*, Prunus Persica (Peach) Fruit Extract*, Linalool. * Organic. Certified Organic by Oregon Tilth.


Plusy:
  • Dobry skład,
  • Nie testowany na zwierzętach,
  • Nawilża i odżywia,
  • Dawał radę podczas mrozów rzędu -15/-20st.,
  • Nie lepi się,
  • Zapach i smak,
  • Wygląd.

Minusy:
  • Dostępność.

Cena: ok. 16-24zł/7g.

Ocena: 5/5.

niedziela, 25 marca 2012

Hity i kity zimy

Jako że w końcu zaczęła się wiosna (kalendarzowa, astronomiczna i, miejmy nadzieję, pogoda też już będzie tylko wiosenna), więc pora na podsumowanie zimy.

Oto moi ulubieńcy:
Zdjęcie grupowe ;)


1. Charged Water Skin Hydrating Mist (MAC) - mgiełka, którą zakupiłam przy okazji doboru podkładu i używam od tej pory codziennie po umyciu twarzy, a przed kremem. Bardzo mi pomogła doprowadzić odwodnioną skórę do stanu używalności :) Dość wydajna - sądząc po dotychczasowym zużyciu wystarczy łącznie na jakieś 6-7 miesięcy. Minusy? Cena. 90zł/100ml.

2. Masełko do ust Wild Cherry (Body Shop) - pisałam już o nim kilkukrotnie i cały czas podtrzymuję swoją dobrą opinię o nim :) Ciągle używam go na noc i jestem zadowolona. Zdecydowanie zakupię wersję Chocomania, bardzo podoba mi się zapach. Minusy? Niehigieniczne opakowanie. Pełna recenzja tutaj. 20zł/10ml.

3. Balsam do ust Summer Fruit (EOS) - mój ulubiony produkt do ust na dzień, świetnie sprawuje się w połączeniu z masełkiem z Body Shopu. Aż trudno uwierzyć, że ciągle nie napisałam pełnej recenzji, zdecydowanie napiszę w najbliższym czasie. Minusy? Dostępność. 17-25zł/7g.


4. Peeling myjący z pomarańczą (Joanna) - peelingi Joanna należą do moich ulubionych już od kilku lat, świetnie ścierają i wygładzają, a jednocześnie są delikatne. Kilka razy zdarzyło mi się używać go do twarzy i byłam zachwycona - wygładził moją skórę, ale jej nie podrażnił. Jeden z produktów, do których będę wielokrotnie wracać. Minusy? Chyba tylko niewielka pojemność. Ok. 5,50zł/100ml.

5. Super Deo (?) - kupiłam go z ciekawości i jestem bardzo z niego zadowolona. Ma postać kryształu, który przed użyciem należy zwilżyć wodą, a po osuszyć. Warstewka, którą pozostawia na skórze, ma działanie antybakteryjne, dzięki czemu unikamy nieprzyjemnego zapachu. Jak na razie sprawuje się świetnie, a zużycia prawie nie widać. Wg. importera ma wystarczyć na 1 rok. Minusy? Nie zauważyłam. Ok. 18zł/50g.

6. Czekoladowy krem do rąk Sweet Fantasy (Joanna) - pisałam o nim już kilkukrotnie, sprawdził się u mnie dobrze, nawet podczas mrozów. Pięknie pachnie i jest wydajny. Minusy? Gorzej sobie radził podczas mrozów rzędu -15/-20st., ale na szczęście nie zdarzają się tak często. Ok. 6zł/75g.


7. Transparentny puder Welcome to Las Vegas (Catrice) - zakupiłam go trochę przypadkiem, ale ani trochę nie żałuję. Sprawdza się naprawdę dobrze, matuje na ok. 6h, nieźle utrwala makijaż. Minusy? Dostępność - był w edycji limitowanej. Ok. 17zł/8,5g.

8. Tusz Ultimate Mascara (Mary Kay) - mój ulubiony tusz, wydajny i trwały. Mam go już bodajże rok, a ciągle sprawdza się równie dobrze jak na początku. Nie robi grudek, nie odbija się na powiece. Minusy? Cena. 69zł/8g.

9. Zalotka (Elite) - jeszcze kilka miesięcy temu wyśmiałabym kogoś, kto by mi powiedział, że będę używać tego "narzędzia tortur". Ale stało się - po przeczytaniu notki właśnie o tej zalotce u Let's Talk Beauty postanowiłam spróbować. I to był strzał w dziesiątkę, moje rzęsy wyglądają dużo lepiej. Minusy? Nie zauważyłam. Ok. 14zł/szt.

10. Perłowa odżywka do paznokci (Avon) - lekka, płynna, łatwo się rozprowadza i błyskawicznie wysycha. Używam jej na codzień i bardzo sobie chwalę. Po dłuższym okresie stosowania perłowy połysk zostaje na paznokciach nawet bez odżywki. Minusy? Nie chroni przed zażółceniem paznokci od lakierów. 23zł/10ml.

wtorek, 20 marca 2012

Post zaangażowany czyli postanowienia kosmetyczne

Zacznę może od wyjaśnienia dlaczego ostatnio nieco zaniedbałam bloga. Otóż zostałam odciągnięta przez proces zmiany pracy i intensywne przeszkolenie :D Mam nadzieję, że w najbliższym czasie wszystko się na tyle ustatkuje, że będę w stanie częściej pisać. Po tym optymistycznym wstępie bezzwłocznie przechodzę do właściwej treści notki :)

Wprawdzie przyjęło się, że postanowienia robi się w Sylwestra/na samym początku roku, ale nie mam zamiaru czekać aż do grudnia i dlatego się wyłamię ;) Zamierzam zacząć wprowadzać moje postanowienia w życie od zaraz, a właściwie od momentu kiedy pokończą mi się kosmetyki sprzeczne z nowymi zasadami (no bo przecież nie będę wyrzucać nieużywanych produktów, na które już wydałam pieniądze :P równie dobrze mogę je zużyć).

Ale do rzeczy. Oto moje postanowienia:


NIE dla kosmetyków (i wszystkiego innego) "MADE IN CHINA"

Od dłuższego czasu staram się unikać różnych produktów, a szczególnie kosmetyków, wyprodukowanych w Chinach. Zaczęło się od stwierdzenia, że chińszczyzna to zazwyczaj badziewie, dopiero później dowiedziałam się o wykorzystywaniu dzieci do pracy, traktowaniu zwierząt czy o przerażających zniszczeniach środowiska naturalnego.

Ale dopiero rozmowa z Anią z bloga Ekologicznie, empatycznie, praktycznie uświadomiła mnie, że jest dużo gorzej niż mi się wydawało (pisała o tym ostatnio w tym poście) i dała mi kopa do ostatecznego powiedzenia nie produktom "made in China". Przytoczyła wtedy przykład z książki, o tym jak wygląda produkcja kosmetyków w chińskiej fabryce. Brud, brak jakichkolwiek przepisów BHP, rękawiczek, mydła w toaletach pracowniczych (! pracownicy korzystają z WC i po tym bez mycia rąk, bez rękawiczek produkują kremy do twarzy!) - za takie kosmetyki dziękuję, nie mam ochoty na jakieś dziwne choroby skóry.

Dlatego postanowiłam wprowadzić etykietkę "made in China", która będzie wskazywać kosmetyki produkcji chińskiej - te, które przekradną się przez moje lustracje przedzakupowe, i te, które zauważę w sklepie. Z góry już mogę powiedzieć, że ostatnio Avon ma sporo produktów z Chin - począwszy od części kolorówki (na pewno szminka z błyszczykiem "Pełnia zmysłowości" i miniszminka "Stylowy kolor") po część grzebieni/szczotek do włosów. Ale wątpliwy zaszczyt pierwszego kosmetyku "made in China" na moim blogu kopnął firmę Oriflame, której cienie zrecenzowałam latem 2011. Do etykietki "made in China" prowadzi obrazek widoczny pod archiwum :)


NIE dla firm testujących na zwierzętach

Od około 7 roku życia miałam zwierzaki - najpierw mieliśmy chomiki (licząc z młodymi przewinęło się ich mnóstwo) potem pojawiła się Psica. Uwielbiam zwierzaki i nie zgadzam się na to, żeby króliczkom wkrapiać do oczu stężony szampon, szczurom i myszom wstrzykiwać domięśniowo jakieś chemikalia, a psom przez rurę ładować psie żarcie prosto do żołądka aż do jego pęknięcia. A to tylko przykłady.

A najgorsze jest to, że teraz wszystkie firmy pysznią się znaczkami "cruelty-free" na opakowaniach produktów, jakby to było jakieś wielkie poświęcenie. Otóż nie, nie jest - wymogiem UE jest nie testowanie produktu na zwierzętach. Ale niestety nie ma takich regulacji w kwestii testowania składników - więc produkt ze znaczkiem "cruelty-free" często wcale taki nie jest. Wiele firm ciągle testuje składniki na zwierzakach albo kupuje składniki nie sprawdzając czy były testowane czy nie.

Od tej pory będę w recenzjach podawać informacje o testowaniu/nietestowaniu przez daną firmę (i sukcesywnie będę uzupełniać starsze recenzje) i wprowadzam etykietkę "cruelty-free" dla oznaczenia produktów przyjaznych zwierzakom :) Za jakiś czas pojawi się też w formie obrazka pod archiwum :)


NIE dla szkodliwej chemii w kosmetykach

Już od jakiegoś czasu staram się kupować kosmetyki bez parabenów, ale etykiet dokładnie nie czytałam, bo "przecież się na tym nie znam". Po obejrzeniu filmiku The Story of Cosmetics - wrzuconego ostatnio przez fan page Phenome - moje nowe motto brzmi "to się zapoznam".

To przerażające ile świństw producenci wsadzają do kosmetyków. Doczytałam się na przykład, że sporym (ale niestety nie nagłośnionym) problemem na rynku jest obecność ołowiu w pomadkach - na niechlubnej liście "przodowników" prowadzi Maybelline Color Sensation (koncern L'Oreal). Kosmetyki zawierają mnóstwo substancji rakotwórczych - w tym kosmetyki sztandarowych firm związanych z Różową Wstążką (Avon, Estee Lauder, Revlon), które pokazują się jako dobroczyńcy, a jednocześnie od dawna odmawiają podpisania Compact for Safe Cosmetics (zobowiązanie do usunięcia szkodliwych chemikaliów związanych m.in. z rakiem i mających szkodliwy wpływ na zdrowie).

A wprowadzanie klienta w błąd w kwestii zawartości jest na porządku dziennym - pisałam ostatnio o kremie Lirene, którego opakowanie krzyczało "jestem naturalny!", a w składzie miał chyba z 5 różnych parabenów (a jak się ostatnio dowiedziałam, niektóre parabeny i ftalany zwiększają ryzyko wystąpienia raka piersi).

Dlatego od tej pory będę korzystać ze strony EWG's Skin Deep Cosmetics Database (podobną listę, tylko sporo mniejszą, ma na swojej stronie Phenome) i do każdej recenzji podawać skład z zaznaczeniem substancji niebezpiecznych dla zdrowia (oby ich było jak najmniej ^^). I wprowadzam kolejną nową etykietkę "100% natura" dla oznaczenia produktów naturalnych (również za jakiś czas pojawi się w formie obrazka; tu też sukcesywnie będę uzupełniać recenzje) - narazie z kosmetyków, które mam, łapią się tylko "rybki" z Alterry, ale na pewno będzie ich więcej :)

Co o tym myślicie? Czytacie składy i patrzycie na kraj pochodzenia? Szukacie firm nietestujących na zwierzętach? Podzielcie się :)

____________
Bonus :)
Do końca marca w Rossmannie obowiązuje zniżka 20% na produkty do twarzy Alterra - zniżka sumuje się z promocjami :) Pełna lista produktów objętych rabatem jest tutaj, a kupon tutaj.

niedziela, 4 marca 2012

Zużycia lutego

Jako że mamy już początek marca, nadeszła pora na moje lutowe zużycia. Wprawdzie w tym miesiącu nie bardzo mam się czym pochwalić, ale najważniejsze, że coś się udało zużyć ;) Oto i moje zużycia:

W torebce wyglądają nieźle objętościowo ;)

I zdjęcie grupowe ;)


A teraz zbliżenia i krótkie podsumowania:

1. Płyn do kąpieli Maliny ze śmietaną (Avon) - całkiem fajny płyn o super zapachu. Cieszę się, że udało się go skończyć, bo na jego miejsce już czekał płyn Żurawina i pomarańcza :) Wspominałam o nim tu. 22zł/1000ml.

2. Próbka Masła do ciała Chocomania (Body Shop) - świetny nawilżacz, bajeczny zapach, fajna konsystencja (gęsta, maślana w pojemniczku, a kiedy ogrzeje się od skóry - lekka, balsamowa). Zdecydowanie kupię kiedy pozużywam co mam :) Tylko czemu jest takie drogie? :( 65zł/200ml, 20zł/50ml.




3. Szampon odżywczy do włosów słabych i łamliwych Pokrzywa i łopian (Avon) - dość rzadki, nieźle się pieni. Nie nawilża (czego od niego nie wymagałam, bo od tego jest odżywka), ale co gorsza nie spełnia swojej podstawowej funkcji - słabo myje włosy. Więcej go nie kupię. 10zł/250ml.

4. Miniwersja Szamponu Intense Repair do włosów zniszczonych (Dove) - zdobyty w akcji promocyjnej na FB, chętnie go wypróbowałam i się nie zawiodłam. W przeciwieństwie do numeru 3 myje włosy, nawilża je i wygładza. W przyszłości skuszę się na pełną butelkę. Ok. 13zł/350ml.






5. Próbka Mineralize Charged Water Moisture Gel (MAC) - dostałam przy okazji dobierania podkładu i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Lekki, szybko wchłaniający się żel, fajnie nawilża, lekko chłodzi. Wydajny - pół słoiczka wystarczyło mi na 4 czy 5 użyć. Tylko dlaczego MAC musi być taki drogi? :( 132zł/50ml.

6. Próbka Hydrationist? (Estee Lauder) - 'pani sephorzanka' tak nabazgrała, że nie jestem pewna czy to ten krem, ale to chyba on ;) Dość gęsty krem, faktycznie fajnie nawilża, ale wyskoczyło mi po nim kilka wyprysków. Na pewno nie kupię. Ok. 220zł/50ml.

7. Próbka Kremu matującego Seaweed na dzień (Body Shop) - szukam ostatnio dobrze nawilżającego kremu matującego i ten sprawił się całkiem nieźle. Jest wydajny i ma przyjemną konsystencję. Niewykluczone, że zagości na dłużej w mojej łazience. Ok. 45zł/50ml.

8. Próbka Lekkiego kremu bioaktywnie nawilżającego Selected From Nature SPF 5 (Lirene) - dostałam w Naturze 5 (!) próbek tego kremu do zakupu pędzelka Essence za 5zł, byłam w szoku. Narazie zużyłam pierwszą i jestem dość zadowolona, dobrze nawilża, jest dość wydajny. Nawet miałam go już w ręku w Rossmannie (jest wycofywany, kosztował tylko ok. 13zł), ale stojąc w kolejce przeczytałam sobie skład. Jak krem, którego całe opakowanie krzyczy "jestem naturalny!" może zawierać parabeny i tony innej chemii? Nie lubię jak robi się mnie w bambuko, odstawiłam go na półkę i na pewno nie kupię. Ok. 25zł/50ml.







9. Świeczki tealight Winter Dream (Bolsius) - przecudownie pachnące (przyprawowo-cynamonowo-bożonarodzeniowo) świeczki, aż cieplej mi się robiło od tego zapachu :) Żałuję, że nie kupiłam więcej, bo wypaliłam je bardzo szybko, a później już ich nigdzie nie widziałam. 4,50zł/6szt.